“Spoczywaj w pokoju Aleksandrze…”

W najbliższą sobotę w Ciechanowie odbędzie się pogrzeb ś.p. Aleksandra Soplińskiego, znanego ciechanowskiego lekarza, społecznika, samorządowca, polityka.

Zmarł ( http://www.ciechtivi.pl/zmarl-doktor-aleksander-soplinski-lekarz-samorzadowiec-polityk/ )w wieku 79 lat, po długiej chorobie. Specjalnie dla ciechtivi.pl Zmarłego wspominają:

Andrzej Czyżewski, radny Rady Miasta Ciechanów

Z głębokim smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci dr. Aleksandra Soplińskiego, zacnego człowieka. Wyróżniał się inteligencją i kulturą osobistą. Miałem sposobność z nim współpracować w samorządzie ciechanowskim w latach 1991-1994 jako wiceprezydent miasta i w latach 1994-1998 jako radny.

Ceniłem w nim to, że potrafił oddzielić sprawy samorządu od polityki. Pamiętam jak zawsze mówił, żeby płaszcze polityczne zostawić w szatni. Był bardzo zaangażowanym samorządowcem szczególnie w sprawy naszego miasta w tamtych niełatwych czasach. Bardzo mądrze i z rozsądkiem starał się rozwiązywać wszystkie problemy.  Ciepło i serdeczność, bezinteresowność i służenie dobrą radą cechowały ś.p.  Aleksandra. Wielka strata dla społeczności lokalnej.

Krzysztof Leszczyński, przewodniczący Rady Miasta Ciechanów

Ze śp. Panem Aleksandrem Soplińskim, los po raz pierwszy osobiście zetknął mnie w 2002 r. podczas narodzin w ciechanowskim szpitalu  mojego najstarszego syna. Wówczas jako lekarz wydał mi się osobą sympatyczną,  dbającą o dobro pacjentek i ich rodzin, a przede wszystkim wspaniałym fachowcem.

Po raz drugi i bardziej trwale, nasze ścieżki życiowe skrzyżowały się w 2006 roku, gdy uzyskałem mandat radnego. Gratulując mi wyboru, Pan Aleksander stwierdził, iż czuje wielką radość, że pojawia się z ramienia PSL w Radzie Miasta Ciechanów nowe pokolenie, jak to wtedy określił „młoda krew”.

Od tego czasu  nie raz mieliśmy okazję rozmawiać, wymieniać poglądy w różnych kwestiach. Nigdy nie dał mi odczuć, że jestem młodszy, mniej doświadczony. Zawsze traktował jako równoprawnego partnera w rozmowach, człowiek o wysokiej kulturze osobistej, wyrozumiały, potrafiący słuchać i szanować innych. Teraz pozostaje tylko modlitwa za zmarłego i zachowanie na zawsze  w pamięci tej wspaniałej osoby.

Joanna Potocka-Rak, starosta ciechanowski

Trudno mówić o Panu Aleksandrze Soplińskim w czasie przeszłym. On zawsze z nami był – jako samorządowiec, ceniony polityk, ciepły i serdeczny człowiek, ale przede wszystkim jako lekarz o ogromnym sercu, dzięki Którego pracy i zaangażowaniu ciechanowski oddział ginekologiczno – położniczy należał do najlepszych.

Jak wyglądałaby teraźniejszość wielu mieszkańców Ciechanowa i okolic, gdyby nie wiedza medyczna i Jego ogromne oddanie pracy? Ilu z nas przywitał na tym świecie? Ilu uratował życie?

Zawsze skromny, serdeczny, o doskonałych manierach. Od czasu do czasu spotykaliśmy się przy okazji okolicznościowych wydarzeń. Ostatnio bezpośrednio porozmawialiśmy jeszcze przed pandemią, jak zwykle potrafił swoim spokojnym tonem głosu mówić o rzeczach trudnych – także o chorobie. Starał się nie dawać, zachęcał do spacerów, sam jak mówił potrafił spacerować z psem, w swoich ukochanych Gołotach, po kilka – kilkanaście kilometrów, licząc kroki na krokomierzu. To co zwracało uwagę – zawsze podkreślał nie wagę rzeczy, ale rolę człowieka… Taki Był… Pokój Jego Duszy.

Elżbieta Szymanik, wicedyrektor Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych

Wszystko umiera, tylko pamięć dobrych uczynków trwa… Każde pożegnanie jest smutne i niesie ze sobą wspomnienia , refleksje , ale to pożegnanie jest o tyle smutne i refleksyjne, że kończy się piękny etap życia, pracy i działalności dobrego człowieka wrosłego w pejzaż ziemi ciechanowskiej.

Aleksander Sopliński urodził się w Ciechanowie i można powiedzieć, że całe jego życie było związane najbardziej z Ciechanowem. Studiował na Akademii Medycznej w Gdańsku i tam też rozpoczęła się jego działalność społeczna w kole studentów młodzieży wiejskiej. Pracował jako lekarz ginekolog w ciechanowskim szpitalu, długie lata był ordynatorem oddziału położniczo-ginekologicznego. W latach 2012- 2015 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia. Praca zawodowa dawała mu wiele satysfakcji i zawsze podkreślał , że to właśnie On witał na świecie wielu ciechanowian.

Od 1973 roku należał do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, a potem do Polskiego Stronnictwa Ludowego , w którym działał do końca. W latach 1990–1998 był wiceprzewodniczącym, a następnie przewodniczącym Rady Miasta Ciechanowa. W latach 1998–2002 zasiadał w Sejmiku Mazowieckim, był również posłem V i VI kadencji.

Przez wiele lat nasze drogi się splatały właśnie przez fakt wspólnej działalności politycznej , społecznej i samorządowej. Aleksander był wyważonym politykiem, merytorycznym samorządowcem i wrażliwym społecznie człowiekiem. Nigdy nie odmawiał pomocy, wiele osób zawdzięcza właśnie Jemu swoje sukcesy. Kochał swoją rodzinę, o której tak pięknie opowiadał, a szczególne miejsce w jego sercu miały wnuki. Kochał życie i kochał przyrodę, uwielbiał spacery po lesie. Za swoją działalność zawodową, społeczną otrzymał wiele odznaczeń i wyróżnień . Polskie Stronnictwo Ludowe nadało Mu najwyższe odznaczenie Medal „ Za zasługi dla Ruchu Ludowego im. Wincentego Witosa”.

Rodzinie i wszystkim , których śmierć Śp. Aleksandra Soplińskiego zasmuciła składam wyrazy współczucia i otuchy. Spoczywaj w pokoju Aleksandrze.

Dariusz Węcławski

22 lata temu nie mogłem przypuszczać, że sympatyczny Pan Aleksander, któremu mnie właśnie przedstawiono, gdzieś na ratuszowych schodach, będzie przez ponad dwie dekady ważną osobą w moim życiu. Tak ważną, że wyrwa w duszy, która dziś powstała, pewnie już nigdy do końca się nie zabliźni.

Nie będę wspominał, kim był Pan Aleksander. To każdy przecież wie. Wspomnę jaki był. Ciepły, lecz kiedy trzeba stanowczy. Ufny, ale nie naiwny. I choć był konsekwentny, to nigdy za wszelką cenę, nie po trupach. Często odpuszczał w imię zwykłej ludzkiej przyzwoitości, by móc później spojrzeć w lustro i ludziom w twarz na ulicy. Mawiał, że stanowiska, pieniądze czy zaszczyty mijają, a z ludźmi trzeba żyć porządnie. Czasem się o to na niego złościłem. Wtedy uśmiechał się tym swoim delikatnym, łagodnym uśmiechem i mówił, że z czasem zrozumiem, co jest ważne, a co ważniejsze. Teraz rozumiem.

Pan Aleksander był ostoją spokoju i łagodności. Perfekcyjnie panował nad emocjami. Raz tylko widziałem go poważnie wzburzonego. Dlaczego taki właśnie był? Myślę, że był niezależny. Był ponad to wszystko, o co ludzie rozbijają sobie głowy, skaczą do gardeł i każdy o tym wiedział. Nie musiał nic udowadniać. Czasami schodził z drogi innym tylko po to, by się nie ubrudzić.

Przy swej niezależności, Pan Aleksander miał ten niezwykły dar otaczania ludzi wokół siebie i wspólnych celów. Swego czasu udało nam się stworzyć naprawdę wyjątkowe grono. Drużynę. I każdy za nim stanąłby murem. To rzadko spotykana siła charyzmy. Nie wydawał poleceń. Wskazywał cel i przekonywał do niego. Umiał też słuchać. Poza tym był tytanem pracy. Każdy widział, że nie był posłem zza biurka. Gnał ze spotkania na spotkanie, a my z nim. Był wszędzie, pomagał gdzie mógł. Takiemu człowiekowi po prostu nie wypadało odmówić współpracy.

Uwielbiałem odwiedzać go na jego ranczo w Gołotach, tym domku z klimatem i spacerować z psem po gołockim lesie. Rozmawialiśmy o zdrowiu, życiu, polityce, przyrodzie. Kiedyś, gdy zauważył, że przytyłem powiedział: „człowiek łyżką kopie sobie grób, pamiętaj”. Ale sam ubolewał, gdy tracił wagę. Był też wielkim przeciwnikiem palenia tytoniu. Lubił zwierzęta. Czasami wspominał swojego psa, zastrzelonego kiedyś przez myśliwego w lesie. Sam wówczas omal nie stracił życia. Innym razem miał niebezpieczne zderzenie z łosiem. Tak, te jego Gołoty były magiczne. Jeśli jednak była szybka konieczność… rozmawialiśmy i w gabinecie ginekologicznym. Ale najczęściej spotykaliśmy się w biurze poselskim. Panowała tam atmosfera rodzinna, ale profesjonalna. Pracy było dużo, lecz czasami pozwalaliśmy sobie na rozmowy na luzie. Kiedyś Pan Aleksander usłyszał, jak rozmawiamy o różnych osobach z pierwszych stron gazet, używając ich pseudonimów. Zaczął nalegać abyśmy zdradzili mu, jak na niego mówią. W końcu ja powiedziałem, że po prostu „poseł”. „Darek, każdy ma jakiś przydomek” odrzekł. Uśmiechnąłem się: „No cóż, niektórzy mówią o Panu (…)”. Uśmiechnął się i pokiwał głową z przekorą. Chyba był zadowolony, bo i przydomek był sympatyczny, choć figlarny, bo związany z zawodem Pana Aleksandra. Zna go tylko kilka osób i niech tak pozostanie.

Nasza współpraca przy jego blogu, który zajął drugie miejsce w konkursie „Blog Roku Onet 2009”, to było doświadczenie wyjątkowe. Miał świetne pomysły i zapał, czasem tylko potrzebował pomocy technicznej czy literackiej kosmetyki. Potrafiliśmy pracować nocami. Byłem zaskoczony, że człowiek urodzony w latach 40. radzi sobie z blogowaniem, jak ryba w wodzie. Był cytowany wszędzie i niemal codziennie. „Rzeczpospolita” pisała o nim: ”najlepszy bloger wśród ginekologów, najlepszy ginekolog wśród blogerów”. Planował wydać swoje artykuły w formie książkowej, nawet prosił mnie o pomoc.

W kwestiach medycznych Pan Aleksander był prawdziwym pasjonatem. Pamiętam, kiedy jednego popołudnia wracaliśmy z Sejmu. Za zaparkowanym na poboczu samochodem, przykucnęła kobieta, załatwiając potrzebę fizjologiczną. Jakoś to dowcipnie skomentowałem i od razu pożałowałem. Pan Aleksander odpowiedział spokojnie: „oj, to nietrzymanie moczu przez kobiety po pięćdziesiątce, to duży problem, ale dziś już rozwiązywalny”. Po czym wysłuchałem ponad godzinowego, naukowego wykładu medycznego na ten temat, na trasie od Łomianek, aż do Ciechanowa. Nie znaczy to, że był on pozbawiony poczucia humoru. Kiedyś zasiadaliśmy przy długim stole. Zaprosiłem go obok siebie. Pech chciał, że tam akurat łączyły się dwa stoły, wsparte na nogach utrudniających siedzenie. Spojrzał na mnie i rzekł: „widać taki mój los, Darku. W pracy pomiędzy nogami i na spotkaniach pomiędzy nogami”.

Ostatnio nasze kontakty były sporadyczne. Wymiana życzeń, coraz częstsze pobyty w szpitalu, coraz cichszy głos w słuchawce. I poczucie bezsilności. Ale nadzieja nie umarła nigdy. Aż do dziś.

Nasza ostatnia rozmowa? To był 25 marca – jego 79. urodziny. Pełen wątpliwości, czy nie będę przeszkadzał, wykręciłem numer. Odebrał jak zawsze. W słabym, ledwie słyszalnym głosie czułem radość, ale i zmęczenie. Życzenia zdrowia skwitował: „Darku, teraz leżę w łóżku, ale wiesz, moje pokolenie mawia, że jeśli przetrwa się zimę i dociągnie do wiosny, to jakoś to będzie”. Tego jednak roku zima była wyjątkowo sroga, a wiosna straszliwie się spóźniła…

Fot. UM Ciechanów