Rocznica błogosławionej siostry Teresy

96 lat temu, 23 stycznia 1923 r., błogosławiona s. Maria Teresa Kowalska wstąpiła do klasztoru kapucynek w Przasnyszu.

„Tereso, moja Tereso – pamiętaj i módl się za mnie” Mieczysława Kowalska, siostra Maria Teresa od Dzieciątka Jezus, urodziła się 1 stycznia 1902 roku w Warszawie. Jej ojciec był zażartym komunistą i człowiekiem niewierzącym. W latach 20. XX wieku wyjechał z jedną córką do Kijowa w ówczesnym ZSRR i pracował tam na poczcie. Po jakimś czasie dołączyła do niego żona z młodszą córką Czesią. Mieczysława bardzo nad tym wszystkim bolała, ale pozostała w Warszawie. Po ukończeniu czterech klas pensji pracowała jako bona do dwójki dzieci w rodzinie bogatych Żydów. Krewni chcieli ją wydać za mąż za zamożnego mężczyznę mieszkającego w kamienicy, w której pracowała, ale Mieczysława stanowczo odmówiła.


Siostra Teresa Kowalska jako postulantka, kapucynki, Przasnysz 1923 r

Była blisko Boga, należała do kilku bractw religijnych. Uczęszczała na Mszę Świętą do kościoła kapucynów przy ulicy Miodowej w Warszawie i tam rozeznała swoje powołanie. Została skierowana przez jednego z ojców do przasnyskiego klasztoru. Decyzję o służeniu Bogu podjęła w wieku 21 lat i 23 stycznia 1923 roku wstąpiła do sióstr kapucynek w Przasnyszu. Profesję czasową złożyła 15 sierpnia 1924 roku, a wieczystą 26 lipca 1928 roku. Ze zwierzeń, jakie czyniła siostrom, wynikało, że modlitwą i pokutą pragnęła zadośćuczynić Panu Jezusowi za swoją rodzinę, do której wkradł się ateizm. W życiu zakonnym Teresa była cichym aniołem dobroci. Miała 39 lat, kiedy wraz z całą wspólnotą została wywieziona do obozu zagłady w Działdowie. Zmarła 25 lipca 1941 roku w celi nr 31 w budynku głównym obozu. Miejsce jej pochówku nie jest znane. Prawdopodobnie był to jakiś wykopany dół w pobliskim lesie, do którego zostały wrzucone jej zwłoki wraz z ciałami innych zmarłych wówczas więźniów.


Siostra Teresa Kowalska w 1931 r., kapucynki, Przasnysz

Przetrwały za to w pamięci współtowarzyszek niedoli szczegóły ostatnich ty- godni jej życia. Siostra Teresa była delikatnego zdrowia (chorowała na gruźlicę), a mimo to zbytnio się nie oszczędzała, gorliwie wykonując swoje obowiązki w klasztorze. Deportacja i pobyt w obozie szybko pogorszyły jej stan zdrowia. Po miesiącu siostra Kowalska dostała krwotoku, który rozpoczął jej 11-tygodniową drogę męczeństwa i w końcu doprowadził do śmierci. Opieki lekarskiej w lagrze nie było. Po długich i natarczywych nawoływaniach mniszek dyżurujący żołdak podał trochę wody. Wezwany sanitariusz, zobaczywszy w misce krew po przebytym krwotoku płucnym, ograniczył się do lakonicznego stwierdzenia, że stan chorej jest poważny. Chora leżała na barłogu, dusząc się z powodu kurzu, który powstawał przy każdym poruszeniu startej słomy. Na domiar złego w obozie wybuchła epidemia tyfusu i wszystkie cele zdezynfekowano chlorkiem, który nawet u ludzi zdrowych podrażnia krtań. W wypadku chorych na gruźlicę przy- nosi o wiele bardziej poważne skutki uboczne. Oddychanie stawało się dla siostry Teresy katorgą. Z czasem przestała podnosić się z posłania i na jej ciele pojawiły się odleżyny, tworząc jedną wielką ranę. Z wysoką gorączką leżała na podłodze prawie martwa, trawiona przez ogień w płucach. Dochodzące z korytarzy i po- dwórka wrzaski esesmanów rozsadzały jej głowę. Pod wieczór z trudem mogła przełknąć kilka łyżek płynu. Potem znów leżała cicho, bez skargi na swój krzyż. „Pan Jezus jednak wiedział – napisała siostra Honorata w kronice – że od siostry Teresy wiele wymagać może, że ta oddana Mu bez reszty dusza będzie umiała docenić dar cierpienia, więc dawał jej to cierpienie…”. Chora pozostawała jakby przybita do krzyża. Co dzień bardziej słaba, umierała bez lęku i żalu, że tak przedwcześnie musi odchodzić, że umiera w obozie, a nie w klasztorze.

Cela obozu w Działdowie. Widok obecny

Nie rozczulała się nad sobą, raczej współczuła tym, którzy cierpieli jeszcze bardziej i trwali z Chrystusem pośród przeciwności losu. W poddaniu się woli Bożej znosiła wszystkie doświadczenia i z wiarą podążała na spotkanie z Panem. Kilka dni przed śmiercią odbyła wzruszającą ceremonię zrzeczenia się wszystkiego, przeprosiła siostry za przykrości im wyrządzone i odnowiła profesję według zakonnego zwyczaju. Gdy pewnego razu matka Szczęsna Maszewska pocieszała ją, że wkrótce wyjdą na wolność i wtedy umieści ją w sanatorium, gdzie będzie miała świeże powietrze i odpowiednią pomoc medyczną, obolała Teresa odpowiedziała ze smutkiem: „Więc miałabym się z połowy drogi wracać?”. Dręczyła się tym, że odejdzie z tego świata bez sakramentu pojednania i chorych, bez Komunii Świętej. Bóg okazał jej dowód swej obecności i miłosierdzia. W przed- dzień śmierci, wieczorem, siostra Honorata Szwarc, odnosząc jak zwykle puste miski, spotkała przypadkowo na korytarzu ojca Sylwiusza Pajewskiego, pasjonistę, i szepnęła mu, że siostra Teresa jest umierająca. Ojciec Sylwiusz polecił wówczas, aby chora za godzinę, tj. o 17.00, zrobiła rachunek sumienia i wzbudziła żal za grzechy, a on w tym samym czasie udzieli konającej absolucji [rozgrzeszenia] in articulo mortis [w niebezpieczeństwie śmierci] w taki sam sposób, jak to uczynił wszystkim zakonnicom wtedy, gdy wywożono je z Przasnysza. Teresa uczyniła jak jej przekazano, a razem z nią modliły się o oznaczonej godzinie siostry otaczające barłóg, świadome, że „w tej chwili Teresa spowiada się Bogu samemu!”.

Zabudowania obozu koncentracyjnego w Działdowie. Widok obecny

W tym czasie w celi na drugim piętrze ojciec pasjonista modlił się za nią i udzielał jej rozgrzeszenia. Jako pokutę siostry wspólnie odmówiły Psalm 51: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości, w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość”. Teresa, pojednana z Bogiem i z siostrami, ogarniając modlitwą i ofiarą całą rzeczywistość obozu, oddała przełożonej ostatnie cenne dla niej rzeczy, jakie posiadała: krzyżyk i brewiarz, które otrzymała od kapłana podczas składania profesji czasowej, oraz obrączkę, którą kapłan włożył jej na palec w chwili złożenia profesji wieczystej na znak, że została oblubienicą Chrystusa, mającą dochować nieskażonej wiary swemu Oblubieńcowi. Zapewniła ponadto, że w wieczności ubłaga u Pana Jezusa wolność dla sióstr. Matka opatka poleciła siostrze Bernardecie Sucheckiej, by czuwała nad chorą.

Noc 24/25 lipca była ciemna, tylko od czasu do czasu celę oświetlało światło reflektora krążące po obozie. Siostra Teresa leżała bez ruchu. Po północy siostra Bernardeta, widząc dziwne uspokojenie się oddechu chorej, obudziła przełożoną. Matka Szczęsna podeszła do konającej i w pobłyskach lampy z dziedzińca lagru ujrzała śmiertelnie bladą twarz Teresy. Ta, widząc matkę i wszystkie siostry wokół siebie, zapytała: „Mateńko, czy to już?”. Nie było wątpliwości, więc przełożona odpowiedziała: „Tak, Tereńko, to pewnie Jezus przychodzi cię zabrać…”. Następnie siostry odmówiły wspólnie przyciszonym głosem trzy części różańca, a siostra Teresa łączyła się z nimi w tej modlitwie, chociaż mówić już nie mogła. Poprosiła, aby położyć na niej szkaplerz zakonny, pragnęła bowiem umierać w habicie. Dusiła się, rzęziła. Na jej piersiach leżał zniszczony obrazek Matki Bożej Fatimskiej. Naraz wyszeptała: „Tak długo?… Gdzie mój różaniec?… Ostatnie słowa umierającej brzmiały: „Przyjdź, Panie Jezu! Przyjdź!”. Odeszła do Domu Ojca o godzinie 3.30. W kilka minut po zgonie siostry zaczęły modlić się za duszę siostry Teresy. „Miałyśmy wrażenie, że jest to jakieś wielkie, uroczyste święto”– napisała siostra Honorata w kronice. Zakonnice idące rano na Abort (do ubikacji) zerwały ukradkiem nieco zielonych listków i kilka kwiatków mleczu spod płotu, uplotły wianuszek i założyły zmarłej na głowę, ubrały ją w strój zakonny, który przystroiły zielonymi listkami. Na szyi pod habitem zawiesiły jej na drucie szklany flakonik z karteczką z imieniem i nazwiskiem oraz informacją, kiedy i gdzie umarła. Miały nadzieję, że może kiedyś zwłoki zostaną odnalezione. Dopiero w czasie obiadu mniszki powiadomiły esesmanów, że zmarła jedna z nich. Gdy przyszedł Niemiec z Żydami, którzy przynieśli nosze, by zabrać zwłoki, siostry nie pozwoliły im dotykać ciała Teresy. Same z miłością złożyły ją na tej ostatniej, ubogiej pościeli. Poprosiły również Niemca, aby mogły przenieść ciało na miejsce spoczynku, lecz nie otrzymały pozwolenia. Kiedy wynoszono z celi lagru zmarłą siostrę Teresę był piątek, godzina 15.00, Godzina Miłosierdzia Bożego.


Obraz bł. Marii Teresy kapucynki (autor nieznany)

Nazajutrz, gdy kapucynki zobaczyły z daleka na placu obozowym biskupa Leona Wetmańskiego i kapłanów płockich, jedna z nich zawołała donośnym głosem w ich stronę: „Siostra Teresa wczoraj umarła!”. Księża dali znak schyleniem głowy, że zrozumieli wołanie, a biskup nieznacznie uczynił znak krzyża, błogosławiąc siostry. Śmierć Marii Teresy napełniła pozostałe mniszki smutkiem, ale stała się też wzmocnieniem ich wiary. Siostra Honorata Szwarc napisała ołówkiem w starym kalendarzyku (notatniku duchowym Teresy) takie słowa: „O, Siostro droga, jakżeś była pięknie przygotowana na spotkanie swego Oblubieńca, z jakim spokojem i godnością przekroczyłaś bramy wieczności… Zazdroszczę Ci tego szczęścia i proszę dla siebie podobnej śmierci. Więc módl się za swą »małą siostrzyczkę« – i z nieba czuwaj nadal, jak czuwałaś na ziemi… Tereso, moja Tereso – pamiętaj i módl się za mnie”. 13 czerwca 1999 roku, siostra Maria Teresa od Dzieciątka Jezus (Mieczysława Kowalska), kapucynka, została beatyfikowana w Warszawie przez papieża Jana Pawła II, w gronie 108 męczenników II wojny światowej.

Fragment książki s. Donaty Koski pt. „Życie ukryte przed światem…”, wyd. Pelplin 2017.